bye-bye-assassin blog

Twój nowy blog
mind-the-gap.jpgMarzec jest cudny. I to nic nie szkodzi, że nie pamiętam z niego nic, prócz chmur oglądanych z góry i ubranego na czarno 47. letniego mężczyznę wciąż wyglądającego na zbuntowanego nastolatka, któremu przydałaby się wizyta u fryzjera, jak to wprawnie opisała Neila Gaimana pewna dziennikarka.

‚- I am a writer, because you really wouldn’t want me to do some other things… like being a taxi driver. If I were a taxi driver, most probably you wouldn’t get to the place you wanted, and surely not the DAY you wanted. You wouldn’t like me to make shelves for you, because you would have to watch your precious things falling down or rather rolling down the crooked shelf and getting destroyed. But I’m very good at writing stories, so I guess that might be the reason why I’m a writer.’

Chciałabym mieć pamięć wielkości oceanu i mieścić w niej nieskończoność kropelek wspomnień, by potem wyławiać te, które akurat są mi potrzebne i dokładnie je spisywać. Ale ponieważ mam do dyspozycji zaledwie parę cm^3, jestem zmuszona zadowolić się mglistym zarysem tego, czym on potrafił wywołać kilka salw śmiechu na sali.

‚- (…) and then Sandman happened.’

Chciałam być szklanką, z której piłeś.

‚- I.. I lied to the reporter today… He asked me how it was to work with THE Terry Pratchett on the same book and I told him: it was tough. Because apparently for Terry it was too great of a shock to work with The Great Gaiman, so it made him so busy with phoning me all the time saying how honored he felt, that in the end he acutally didn’t do a thing and I had to write the book all by myself… The reporter didn’t look as he was believing me. But he didn’t argue.’

Chciałam być kartką, na której w pośpiechu zapisałbyś chaotyczny pomysł na nową historię. Żyłabym tymi ścinkami nowego świata i nic więcej by mi nie było potrzebne.

‚Tenka – Mind the gap! Neil Gaiman’

I do.

nana_005.gif

Niespodziewanie znalazłam stare zapiski, które miały się tutaj znaleźć już bardzo dawno temu, ale do tej pory udawało im się sprytnie chować i unikać tego niewdzięcznego losu. Ale nie tym razem.
Czuję się trochę, jakbym wygrzebała ze strychu stare zabawki – wzbudzają sentyment, przywołują wspomnienia, ale są już do niczego niepotrzebne.

2006年 9月 2日

Wczoraj rudy miał urodziny, więc nic dziwnego, że dzisiaj obudziłam się z potężnym kacem. Kto mi wmówił takie bzdury? Że Niemcy to niby straszne sztywniaki? Sztywni to oni może są 6 stóp pod ziemią, ale na pewno nie na swoich urodzinach, na pewno nie w tym domu wariatów i na pewno nie w towarzystwie owych wariatów, a zwłaszcza pewnego pracoholicznego Amerykanina. Nie, Niemcy wtedy robią sobie afro (co wygląda komicznie na marchewkowo rudych włosach) i z kwiatkiem doniczkowym w ustach tańczą w pojedynkę sambę w spódniczce z trawy…. na dachu piętrowego domu -_-`
Wiedziałam, że nie trzeba było się na to godzić. No ale grunt, że to nie ja zbierałam go potem z ogródka.

2006年 9月 4日

I heard Beauty crying in her sleep
So I bent for one more kiss…

Tak, Hogen. Chciałabym tylko wierzyć, że na tym poprzestałeś.
Bo który pocałunek zajmuje całą noc?

~*~

Light light Easter white
Roll her in the dirt
When it comes time for kneeling
She’ll say „You go first”

- Jeśli teraz stamtąd wyjdziesz, Hogen, a ona nadal będzie płakać… – powiedziała sama do siebie. – Jeśli ona nadal będzie płakać, zabiję cię. Potnę cię powoli, dokładnie i z namaszczeniem, żeby połówki były równe.

2006年 9月 6日

Nie wiesz, że nie umiem zasłonić tego zdjęcia.
Patrzysz tylko na mnie ciemnym wzrokiem okularów i nie wiesz jak bardzo nie umiem.

2006年 10月 7日

Drugi rok japonistyki wbił się we mnie jak ból krzyża o poranku – nagle, głęboko i wołając o apap.

~*~

Droga Ja,
Wiem, że czytając to uśmiechasz się teraz pobłażliwie. Wiem, że masz dużo ciężej i kiedy wracasz myślami do wspomnień wydaje Ci się, że nigdy nie było Ci lepiej jak wtedy. Pragnę Ci powiedzieć, Droga Ja, że masz absolutną rację. Chcę, byś zawsze pamiętała jak bardzo ten okres w Twoim życiu był szczęśliwy, mimo nawału pracy, nauki, stresu i krzaków nawiedząjących Cię po nocach.
Byłaś szczęśliwa tak, jak może być szczęśliwy człowiek, który zmierza do spełnienia swoich marzeń.
Droga Ja, czy udało Ci się je spełnić?

Twoja Ja.

~*~

Całonocne randki z Ryūkyūańczykiem i samurajem w okularach, a Pomarańczowa Siła rzuca we mnie płatkami kwiatów.

2006年 10月 13日

W zimne, wypełnione świszczącym wiatrem noce marzy mi się podróż po Krakowie Pod. Markizie do usług, czy nie zechciałbyś otworzyć mi drzwi?

~*~

Zatrzymuję się, by posłuchać rozmowy mrówek.

2006年 10月 15日

Wydmuchuję sobie mózg przez nos.

2006年 10月 17日

Kupuję paczkę kolorowych spinaczy – będę odstraszać Czarnomroki.

2006年 10月 18日

Świeżo kupione, nie obcierające glany jednak istnieją – mają 20 dziurek i są MOJE.

2006年 10月 19日

Piwo w kolorze Indigo.

2006年 10月 23日

Moja głupota zaczyna boleć mnie w czoło.

2006年 10月 25日

Kinga wyrzuciła łyżeczką moja głupotę do kosza.
Nie mogę jej teraz znaleźć.
Głupoto, tęsknię.

2006年 11月 1日

Człowieku, pogłosie Wielkiego Wybuchu, czy widzisz łzy w kocim oku umierającej gwiazdy?
Czy słyszysz westchnienie komety przecinającej niebo nad twą głową?
Czy czujesz jak wszechświat spada ci na ramiona, gdy wychodzisz na ulicę?

2006年 11月 2日

Łatwiej odczytać żarówkę, gdy jest w herbacie. Nie razi w oczy.

2006年 12月 2日

To niebywałe jak przytłaczająca potrafi być symbolika. To imię wcale nie jest śmieszne. Ja taka nie jestem. Nie powiem ‚Nie potrzebuję go już’. Chcę walczyć. Tylko dlaczego… Dlaczego nie ma cię tu, byś chwyciła mnie za rękę i nie pozwoliła utonąć? Dlaczego nie ma cię tu ze mną? Dlaczego, Nana…?

どうしてここにいないの?どうしていま私の手を繋がなくて、沈ませないの?どうして、ナナ?

gekkoosuteeto.gif

Wszyscy to już zapewne wiedzą, ale nie zawadzi powtórzyć – nienawidzę Walentynek. Nie, nie jestem cierpiącą duszyczką, która wzdycha w samotności i tęsknie patrzy na schowane w okładce na dokumenty zdjęcie zrobione z narażeniem życia. Jestem zadowolonym ze swojej sytuacji singlem, bo wiem, że tak jest najlepiej dla mnie, ale przede wszystkim dla mojego otoczenia. I cały ten soczysty i pełen zgryźliwości opis powstał tylko dlatego, że bałam się, bym sama siebie za taką cierpiącą i wzdychającą nie uznała, bo przecież one nadal tam są – zdjęcia tego zakolczykowanego łysola. Wsunięte w folię zamiast legitymacji, w czarnej okładce na dokumenty.
A próbowałam po prostu powiedzieć, że Walentynki zawsze oznaczały dla mnie to samo, co dla przesadnie przesądnych piątek trzynastego, a dla Garfielda poniedziałek 13. lutego. Ten rok, podobnie jak wiele poprzednich, nie zaskoczył mnie żadną zmianą na lepsze, a wręcz przeciwnie – poczęstował niekontrolowanym wybuchem nienawiści, który teraz boli mnie siniakiem na ręce, toteż uznałam, że dzień ten oficjalnie zasłużył sobie na własną nazwę – Bad Luck Bringer.

Wyrzuciłam bukiet, który w formie, w jakiej go od niego dostałam, przetrwał zasuszony cztery lata. I przez te cztery lata bezustannych zmian zachodzących w moim życiu, on pozostał nienaruszony i niezmienny. I przez te cztery lata nie potrafiłam go cisnąć do kosza, choć nie miałam do niego już żadnego prawa. Dwanaście róż, dwanaście miesięcy. Wyrzuciłam suchy bukiet, ale najpierw odcięłam dwanaście suchych główek i schowałam je głęboko, by zapomnieć jaka jestem słaba.
Walentynki są naprawdę okrutne.

Tak sobie słucham dzisiaj Flow – Days po raz 30. któryś i stwierdzam, że kocham głos wokalisty akompaniującego. Tak, moja słabość do side-kick characters objawia się nawet w muzyce. Miejmy nadzieję, że wokalista-san nie zginie śmiercią tragiczną tylko dlatego, że go polubiłam. Bo taką tendencję wykazuje przerażająca większość moich faworytów.

30. któryś + 1.
A zatem stało się – można mnie oficjalnie zaliczyć do uzależnionych od Eureka Seven. I od Hollanda. I od HollandxTalho. Stwierdziłam ten fakt, kiedy po dwóch godzinach bawienia się własnoręcznie zrobionymi 166. screenami z trzech pierwszych odcinków (wśród których tylko 3 przedstawiają coś, co NIE jest Hollandem lub jego częścią składową) dotarło do mnie, co tak naprawdę robię.
Ale nie, nie przeszkadza mi to, wręcz przeciwnie – ostatnio jest jednym z niewielu źródeł prawdziwej radości. Takie manie naprawdę dobrze robią na przykład na wyobraźnię, która zaczyna nagle płodzić jak najęta rysunki, kawałki opowiadań, czy layouty na bloga.

30. któryś + 2.
Przyjaźnie powoli, ale skutecznie wyciekają z mojego życia. Kiedyś wystarczyło, że podniosłam rękę i mogłam je od razu wyczuć – zielone, błyszczące, radosne fale przyjaźni, na które wystarczyło wskoczyć i dać się ponieść w chmury. Teraz staję na palcach i wyciągam obie dłonie tak, że dotykają nieba, a mimo to nie czuję nic. Plujące zmęczeniem szczątki fal opadają na ziemie i znikają.
Sama jestem temu winna i nie zamierzam nikomu robić żadnych wyrzutów, prócz tej dziewczynie w lustrze, która znów patrzy na mnie z nienawiścią i konwulsyjnie zaciska pięść.


I’ve got another confession my friend
I’m no fool
I’m getting tired of starting again
Somewhere new

Powtarzam te słowa tak często, choć wiem, że nie ma nic bardziej nieprawdziwego. Zawsze tak robiłam i zapewne robić będę dalej, bo w ten sposób jest prościej, bo zbyt szybko nauczyłam się uciekać. Nigdy nie brakuje mi sił, by zaczynać znów od nowa, w innym miejscu, z kimś innym. Przychodzi mi to dużo łatwiej i przyjemniej niż naprawianie starego terenu. Może dlatego, że naiwnie wierzę, że w nowym miejscu mogę zacząć jako inna osoba? Zatrzeć niechciane części mnie, pokazać się tylko od tej strony, która jest wypucowana i przygotowana do oglądania jak witryna sklepowa?
Hey, window-shoppers, come inside and see the stockroom.

30. któryś + 3
Może już mówiłam, ale nie cierpię japońskiej literatury powojennej. Nagie napęczniałe ciała pływające przez trzydzieści lat w brązowym roztworze i dwudziestolatek ssący pierś jedenaście lat od niego starszej macochy już na dobre rozgościły się w moim żołądku i dopuszczają do niego tylko niektóre połknięte kęsy jedzenia.

Dobrzy ludzie dzielą się na takich, przy których czujesz się jak ostatni łajdak i takich, dzięki którym zaczynasz się stawać lepszym człowiekiem.
Rozmowy ze Squffym ostatnio dzielnie ratują od harpunów codzienności różowego wieloryba, który ogonem przybliża do mnie słońce. To zaskakujące, na jak wiele szczegółów potrafię zwrócić uwagę, kiedy on jest w pobliżu. Squffy, nie wieloryb. Trzeba będzie mu w końcu znaleźć jakieś normalne imię. Wielorybowi, nie Squffy’emu.
Czasem bardzo chcę, by naprawdę był moim psem. Nie musiałby wylizywać tego pokładu, wystarczyłoby, żeby był mój, podawał łapę i przybiegał merdając ogonem, kiedy go zawołam.
Psa jest łatwiej uczynić swoim, niż człowieka.
Zdaje się, że naprawdę niczym nie różnię się od Nany.

30. któryś + 5
Czwórkę zgubiłam gdzieś między ogonem Squffy’ego a wielorybem.
No ale wypadałoby zakończyć jakimś radosnym akcentem, bo przecież, mimo wszystkich tych żali i niepokojów, które z siebie wyplułam, dni mijają mi całkiem przyjemnie, a ja potrafię beztrosko nucić i tańczyć, nie zawracając sobie głowy szukaniem powodów do zadowolenia.
Muszę powiedzieć, że KOCHAM nowe meble. Nawet jeśli nie pasują do podłogi. Jak to dobrze, że nie mam zielonych ścian, bo wizja przemalowywania niebieskiego fotela na czerwono pewnie długo nie dawałaby spokoju ani mnie ani mojej przeponie.
Boję się jedynie poranków, które przyjdzie mi powitać w tym wielkim łóżku, bo możliwe, że przez pewien czas będę się czuła jak T’Surith, choć tak w zasadzie nie mam do tego podstaw.
A może i mam, tylko że w innej rzeczywistości, jednej z wielu kwitnących w tym pustym czerepie.

I niech mi ktoś powie, dlaczego ten skurwiel ma tak pociągający music theme, podczas gdy porządne postaci nie mają ani jednego! No ale przynajmniej poskąpiono mu wykwintnego imienia. Może to tylko moje fanaberie, ale nie potrafię wziąć na poważnie głównego schwarz badassa, którego miano przywodzi mi na myśl siostrzeńców Sknerusa McKwacza. Już dużo bardziej wolę to szybsze uderzenie serca przy dźwięku nazwy kraju ze stolicą w Amsterdamie.

Słuchając Halcali – Tip Taps Tip powoli tracę ostrość baniek mydlanych pływających w nowiutkim mp3 playerze.

A wszystkim kotom życzymy wszystkiego najmleczniejszego.

avatar.jpg

Tak jak pisałam wcześniej, że mimo mojej aspołeczności, potrzebuję towarzystwa (czy tylko według mnie to się wybitnie ze sobą kłóci?), tak teraz jednak mi się wydaje, że przywykłam do bycia samej i jest mi z tym dobrze. Nie próbuję udawać silniejszej niż jestem ani nie chcę nikomu przesadnie udowadniać mojej samodzielności – ja po prostu tak naprawdę myślę.

I nie chodzi o to, że wolę samotność od przebywania z ludźmi – bo doceniam towarzystwo tak samo, jak doceniam bycie samemu. Chodziło mi raczej o to, że nawet jeśli zostanę bez nikogo na tym świecie, będę umiała sobie z tym poradzić. Dlatego przyszłość przeraża mnie już trochę mniej.
Bo jednak dalej przeraża.

To prawda, że czasem czuję się, jakby brakowało mi jakiejś osoby, którą od dawna znałam i która po prostu pewnego dnia zniknęła bez śladu. I zastanawiam się kto to mógłby być. Ale przede wszystkim trapi mnie sam fakt tego, że w ogóle pojawiła się jakaś dziura w życiu, które przecież dostarczyło mi wszystko, co potrzebne. A jeśli nie wszystko, to dużo więcej od tego, co dostało wiele innych osób. Ta dziura nie ma prawa bytu, a już na pewno nie ma prawa wysysać radości z tego, co już mam. A mam kompletną rodzinę, a co najważniejsze – rodziców. Wyrozumiałych, tolerancyjnych, zaangażowanych w moje jestestwo. Mam przyjaciół tylu, że czasem odnoszę wrażenie, że aż za wielu, bo nie nadążam z prezentami urodzinowymi. Otaczają mnie naprawdę wspaniali ludzie – czasem sama nie wiem, co mogę im dać w zamian.
I to powinno wystarczyć do szczęścia chyba każdemu.

Droga Dziuro, czemu więc wciąż tu jesteś?

Czy to jest moje rozkapryszenie i niewdzięczność? Czy to jest już syndrom rozpieszczonej księżniczki, która ma wszystko, a chcę więcej i więcej? Czy może faktycznie wymijam coś szerokim łukiem i nawet nie zdaję sobie z tego sprawy?

Droga Dziuro, nie chcę cię powierzchownie zasłonić, bo wiem, że ktoś może wpaść w tą nieprzytomnie zastawioną pułpakę. I najprawdopodobniej to będę ja.
Nie, Droga Dziuro, ja cię muszę zasypać tak, aż staniesz się kopcem. Mam łopatę (różową, ale zawsze), tylko… skąd wziąć piach w krainie lodu?

***

Cudownie. Po prostu cudownie. Koniec z czytaniem shoujo, bo się za bardzo rozczulam, a to z kolei źle wpływa na moje przemyślenia. Zwłaszcza przy akompaniamencie samotnego picia piwa i zawodzenia by Nickelback.
Wybacz, przypadkowy czytelniku. Nieprzypadkowy wybacz jeszcze bardziej.

theredwitch-oekaki.jpg

11.07.

Nadszedł wreszcie Ten Dzień! Dzień, w którym radość i strach walczą o panowanie nad Tencią. Najlepiej dla Tenci by było, gdyby cholery wreszcie podpisały pokój albo chociaż zawieszeni broni i podzieliły się po połowie, ale nieeeee – w końcu zabawniej jest doprowadzać Tencię do skrajnych uczuć w bardzo krótkim czasie.
A przyczyną tej bezkrwawej (na razie) bitwy jest coś tak banalnego jak wizyta u fryzjera. Z jednej strony ciężko jest Tenci opanować bezkresną radość na myśl, że już za kilka godzin pozbędzie się tych natrętnych, o wiele za długich kłaków, a jej kark ujrzy wreszcie światło dzienne i poczuje co to podmuch wiatru.
Z drugiej strony jednak, fryzjerka&Co. będzie eksperymentować z kolorami, co doprowadza przywiązaną do czerni Tencię do skrajnej farbofobii.
Miejmy tylko nadzieję, że nie skończę jako blondynka, chociaż niektórych by to pewnie nie zdziwiło <_<

Żeby tego było mało, udaję się dzisiaj również do kolejnej jaskini strachu – okulisty. Okaże się czy będą potrzebne jeszcze grubsze binokle, czy może będę mogła nosić szkła kontaktowe. Yeah.

***

12.07

Warto było trochę pofazować ze strachu, bo jest totalnie i absolutnie GREJT. Włoski mam wreszcie krótkie i nie muszę ich wiązać, żeby odsłonić kark. Nowe kolory nawet mi się podobają (bordo&fiolet), ale i tak zamierzam w zimie wrócić do old, good black’n'red. Albo tylko do red :P
Soczewki są mało wygodne, ale nie można spodziewać się po nich wiele w pierwszych kilku dniach noszenia.
A totalnym hitem są moje pierwsze od 8 lat okulary przeciwsłoneczne *.* Wyglądają podobnie do nieśmiertelnych pingli wujka i świetnie oddaja ‚mafijny’ klimat. A kolor pasuje do włosów. Yeah. I kto powiedział, że nie można się zmienić nie do poznania w 2 dni?

Meeting Kiske w Zewnętrznym Świecie zamieniło się w meeting Perf, Techno i Stille.
Wskazówki na przyszłość:
- to nie była plotka – stolicę z Krakowa do Warszawy jednak przeniesiono T_T
- nie przyznawać się do choroby sierocej
- brać wodę, jak proponują
- nie jeść w lodziarni nico (drooogooo)
- nie siadać w lodziarni nico lub gdziekolwiek obok Kingi, która próbuje odwrócić uwagę Perfa robiącego jej zdjęcia (pociągnie mnie za dekolt)
- rozwalać wszystkie aparaty w promieniu 100 metrów (zdążą uchwycić obnażony dekolt)
- przy 36. stopniowym upale siadać w CIENIU.

A pełni nie widziałam T_T

Ale śnił mi się za to Robin Williams <3

***

Zastanawiam się, czy to ja jestem tak beznadziejnie pusta sama z siebie, że potrzebuję stymulatora, by znowu w coś wierzyć, by mieć do czegoś zapał, by czuć, że to wszystko ma jednak jakiś sens, czy to może te stymulatory są tak potężne, że bez nich czuję, że moja własna, niczym nie powodowana chęć życia jest niczym?

One Piece znów mną zawładnął, pobudził i dodał werwy. Wróciła ta czysta energia sprzed roku, chęć zmiany, wyruszenia gdzieś, przeżycia przygody. Wróciła wiara we własne możliwości i to, że życie może być piękne, gdy się ma w nim cel. I że trzeba uparcie do niego dążyć, nawet jeśli nie jesteśmy go do końca pewni. Bo w końcu najzabawniejsza jest ta droga, prawda? Kiedy nabywa się doświadczenia, pokonuje trudności, staje się silniejszym, poznaje nowych ludzi…
LUDZI.
Kto by przypuszczał, że taki zapalony wróg rasy ludzkiej, taki outsider i samotnik, jakim jestem z natury, będzie tak desperacko potrzebował towarzystwa.
Nie wysiedzę tu.
Jak wszystkich diabłów kocham, nie wysiedzę.

Mmtak… Znowu mnie tu przywiało i znowu nie wiem dlaczego.
A właściwie to wiem.
Zachciało mi się bawić grafiką, w skutek czego powstał ten layout. ‚Tylko po cholerę mi layout, jeśli nie mam strony?’, pomyślała zdruzgotana Tencia, martwiąc się, że tyle roboty poszło na marne. I w tym momencie z nieprzebytych odmętów tenciowego umysłu wyłonił się zamazany obraz czegoś takiego jak Anti-Everything Pirate’s Blog.
I stało się Słowo, chociaż najpierw był Obraz.
Mężna Tencia zaczęła walczyć z htmlem i cssem, a że przeszkadzała jej sesja (to wredota przeklęta), szło dość opornie. Jednak w końcu nastąpił ten upragniony moment! Moment, w którym Tencia wykrzyczała tryumfalne ‚SKOŃCZONE, KURZA MORDA W PYSK!’ i mogła wreszcie cieszyć się dopieszczonym dziełem.
ALE, zawsze musi być jakieś ‚ale’ i w tym przypadku też go nie zabrakło. Minęło sporo czasu odkąd Tencia położyła swój kursor na grafice Yazawy i wiele rzeczy zdążyło się zmienić w jej życiu (Tenci, nie Yazawy. Chociaż, kto ją tam wie). Pchnięta niewytłumaczalną siłą przyciągania Rozchełstanej Koszuli TM, już szukała nowej grafiki, gdy zdała sobie sprawę z niepodważalnego faktu: nieważne jak bardzo będzie się miało ich wszystkich dość i jak bardzo nie będzie chciało ich oglądać na oczy, fanem Blasta zostaje się na całe życie. A romantycznym jest się tylko od czasu do czasu.
W obliczu tak silnego argumentu, Tencia została przy zespole, którego maniakalną fanką została na długo przed
usłyszeniem jakiejkolwiek ich piosenki, a jej wierność i przywiązanie wzruszyło nawet ją samą.
Odtąd żyła krótko i nieszczęśliwie, ale z ładnym layem.
THE END

A tak naprawdę, to RK po prostu nie dało się zrobić w takiej kolorystyce XD

***

Mmtak… (zastanawiam się, czy wszystkie nowe myśli będe dziś zaczynać od ‚mmtak’).Sesja zdana (z jednym wyjątkiem, ale zapomnijmy o nim na jakieś dwa miesiące), Tencia przetransportowana do domu, nowy monitor (płaski, PŁASKI!) i głośniki (które naprawdę GRAJĄ) kupione, tablet wyszykowany, inspiracja poszukiwana. Nigdy nie sądziłam, że coś podobnego mi się przytrafi, ale mam ochotę na coś bardzo letniego, wakacyjnego, leniwego i… zielonego. Coś z mnóstwem owoców, świeżością, jasnymi kolorami i japońską estetyką.
O ile zakład, że wyjdzie kolejna female fighter a la Hyung Tae Kim XD?

***

Tak sobie myślę, że przydałby się deszcz. Co prawda wg prognozy pogody miało dzisiaj lać od rana, ale jest późne popołudnie, z bezchmurnego nieba leje się żar, a jedynym jako takim zwiatsunem deszczu są świrujące muchy i nisko latające jaskółki.
Naprawdę przydałby się deszcz. Mogłabym sobie wreszcie pobiegać boso po mokrej trawie. A póki co musi mi wystarczyć zraszacz ;D

***

Z nudów zaczęłam znowu eksperymentować w kuchni i dzięki temu przypomniałam sobie jak bardzo lubię gotować.
Wczoraj udało mi się nie zatruć rodziców curry z mieloną wołowiną, a dziś wszyscy przełknęliśmy smażone krewetki z warzywami.
Uzmysłowiłam sobie też, że nie cierpię polskiej kuchni, a przynajmniej sporej jej większości. Cokolwiek bym nie gotowała, musi pochodzić ze Wschodu, tylko wtedy pichcenie sprawia mi przyjemność. Czyżby już zboczenie zawodowe?

***

Hogen i jego piosenkareczka mnie prześladują. Nie żebym się tym przejmowała. Tylko że przez nich zaczynam się robić emo <_<

***

Byłam naiwna myśląc, że wakacje i powrót do domu wszystko rozwiążą. Że jak skończy się ta cała gonitwa, wszystko się uspokoi, wyluzuje i będzie ogólnie genki. Ale nie. Teraz jest jeszcze gorzej. Bo teraz jestem sama. I zastanawiam się, czy naprawdę nie mogę wytrzymać jednego roku bez wmawiania sobie problemów, które nie tyle utrudniają kontakt z ludźmi i światem, co codzienną nieskomplikowaną egzystencję? Które nie pozwalają spać, jeść i myśleć o czymkolwiek, co jest choćby trochę maczane w optymizmie.
Muszę gdzieś wyjechać, muszę się stąd wyrwać. Jeszcze trochę tu posiedzę i zamienię się w lepiącą chorymi emocjami kulkę piszczącego obojętnością kurzu. Że niby nie można jednocześnie kipieć emocjami i obojętnością? Dupa, można.

I tak sobie myślę, że gdyby nie rozmowy z L33to i piosenki Vertical Horizon, które utrzymują we mnie jakieś morale, to zdziczałabym do reszty.

***

Wszyscy, którzy obstawiali female fighter… well… przegrali :P Ale też nie powiem żeby było to dokładnie to, co chciałam. Dałam się znowu ponieść emocjom.

drown-in-the-sky-small-1.jpg„One Of You”

Breathe in the water
Drown in the sky
High, high above her
While I’m flowing through your eyes

Hold me in motion
Still in your sun
Under this ocean
There’s a world melt into one

And i’m hanging on to everything i hold dear
And i’m letting go of fear
I’m hanging on to every single one of you

See all the darkness
Blind in the light
Deep in this forest
Tell me leave this in this night

And I’m hanging on,
To everything I hold dear
And I’m letting go of all this fear
I’m hanging on to every single one of you

Go somewhere better
Go to the sea
Walk through the desert
Till your love grows over me

And I’m hanging on
To everything I hold dear
And I’m letting go of all my fear
I’m hanging on to every single one of you
To every single one of you
To every single one of you
Every single one of you

Już nigdy nigdzie do nikogo nie pojadę. Koniec wycieczek po świecie. Koniec wyrzucania pieniędzy na drogie bilety. Koniec gniecenia się w zatłoczonych pociągach. Bo to nie ma już sensu…
Bo nagle okazuje się, że nikt nie jest w stanie zrobić tego samego dla mnie.
Muszę oduczyć się dawania z siebie wszystkiego. Bo nie dostaję z powrotem niczego. Bezinteresowność przestaje być zabawna, kiedy zauważa się swoja morderczą samotność.
Nie chcę być już dłużej głupcem z bajki. Nie oddam już więcej niczego.

Właśnie wróciłam z wybitnie męczącego mięśnie brzucha i twarzy kabaretu ani mru mru. Mimo odległego miejsca (piąty rząd na balkonie), miałam doskonały widok… na przeuroczą siwiznę pana przede mną ;D Na shczęście rzędy nie były AŻ TAK wąskie, żeby wykluczyć wychylanie się na boki. Taak, wydało się… skoki w boki to moja specjalność… khem…
To jednak było niesamowite widzieć ich tam – na scenie, jak z lekkością i niesamowitą wprawą wcielają się w różne postacie pochodzące ze skrajnie odmiennych środowisk, jak wczuwają się w role, jak pozwalają nam wierzyć, że nie udają, ale naprawdę są tymi postaciami, jak improwizują przez 7 minut, bo reflektory wysiadły ;D RESPEKT, bo improwizacja dostała więcej oklasków jak cały skecz XD

(genialnie udając starushków:)
Marcin: Może to korki…
Michał: Jakie korki…?
Marcin: No wiesh… bezpieczniki takie.
Michał: … To znaczy co… że mam iść do toalety, tak?

*LEŻY I KWICZY*
Jednak dobrze zrobiłam. Wartało wybulić tę stówę na bilety, bo ja już dawno, i to naprawdę dawno nie widziałam mamy żeby tak się śmiała. Myślałam, że ten kiutny wiklinowy taborecik, co jej kupiłam do nowego domu, był najlepshym prezentem urodzinowym, ale się myliłam. Może teraz powinnam kupić bilety na Dańca…?
Sigh, dlaczego uśmiechy mushą tak drogo koshtować?

‚Powtórzmy to razem: niektóre skecze są SKRAJNIE RÓŻNE OD RZECZYWISTOŚCI’

I skąd ja wiedziałam, że ostatni 22. sekundowy skecz będzie gejowski XD A w tle „nas nie dogoniat”…

‚Jeśli lubish w niedziele wieczorem wypić w Pile coś mocniejshego… TO POZWÓL TO ZROBIĆ TEŻ INNYM!’

W takim razie idę napić się mocnej ciemnej Earl Grey z pianą na dwa palce i pozwalam to też zrobić innym, nie zawracając dłużej gitary moimi wspomnieniami z gimnazjum, kiedy byłam *skromność warning* gwiazdą *skromność warning* kabaretu świętej pamięci p. Wojcieshaka. Nie będę też już truć, że jak mi nie wyjdzie to, co sobie planuję *plotting censored*, to założę kabaret i pierwshy skecz będzie o piratach. A CO XD

PS. Dajcie mi tu tego, co powiedział, że śmiech to zdrowie, niech mi zdefiniuje to pojęcie. Jeśli ‚zdrowie’ to obolałe mięśnie brzucha i twarzy po 1,5 godzinnym rechocie wniebogłosy, to jestem najzdrowshym piratem na tym zakichanym (w tym nie-literówkowym tego słowa znaczeniu ;P) świecie, ha XD

Chęć prowadzenia bloga mode on *_____* I jeshcze tym bardziej mode on, gdy to kochane stworzonko, co siem skromnie Miya zowie, zrobiło mi taki absolutnie śliczniutki, kochany, ściskankowy, OPkowy layoucik *_* GLOMPOATTACK!!!! Czuj się zglompowana, hun X3

DeviantArt bardzo mnie zmęczył i mam ogromną ochotę powrócić do czegoś, co jest mniej ogólnoświatowe, gdzie pisanie po polsku nie jest zbrodnią, bo SĄ polskie literki (!) (co i tak zapewne nie przeshkodzi mi we wpychaniu english zwrotów gdzie się tylko da… sigh…), gdzie atmosfera jest kameralna, gdzie wshystko się zaczęło lub kontynuowało… a potem zgasło. I tylko jedna Miyuchna nas wshystkich przeżyła, jak to zreshtą sama trafnie zauważyła. Ale ja Tobie, kochana, nie pozwolę, oj nie XD Tuż pod Twoim bokiem rośnie Ci konkurencja :D! Wprawdzie daleko mi do Ciebie, tym bardziej, że zaczynam alles od początku, ale mam nadzieję, że wena i potrzeba pisania shybko nadrobią straty :D Zapowiadam bowiem, że BĘDĘ PISAĆ! Póki mam klawiaturę w zasięgu ręki (przydałby się zasięg a la Luffy XD), będę pisać! I to pisać tak, że nie nadążycie z komentowaniem XD!

Jeśli w ogóle ktoś to będzie czytał _-_

~*~

Dzisiaj będzie tendencyjnie, jednotorowo i monotematycznie :D Ja się tam cieshę, nie wiem jak reshta mojego świata :D
TO jest MAGICZNE *__*
Dokonałam wnikliwej analizy sukcesu OP w moim przepełnionym rozczarowaniami ostatnich tygodni życiu i… I nie wiem, bo walnęłam się czołowo z klawiaturą na skutek zbyt małej ilości snu, co spowodowało chwilowe przerwanie czynności myślowych, co z kolei pociągnęło za sobą utratę niezapisanych danych.
Dlatego doshłam do wniosku, że analiza analizą, to nie shkoła, nie będę wyjątkowo w nic wnikać, tylko cieshyć się tym, że TO JEST i że JESTEM JA i że KOCHAM TO XD <– myślenie na poziomie Kiri mode on…

Mama mówi, że się cofam i powinnam się opamiętać – że to mogą sobie czytać/oglądać w wolnym czasie osoby najwyżej do lat 13, broń którykolwiek boże nie poważne maturzystki, którym za chwilę dziewiętnastka usiądzie na karku (i przydusi =_=). Ale ja poważna nie jestem :D (na shczęście). I nie rozumiem, jakim cudem po 19 latach matka jeshcze się nie przyzwyczaiła _^_
Myślę, że więkshość ludzi widzi mnie jako infantylną, zapatrzoną w wyimaginowany świat istotę, która sobie nie poradzi w dorosłym życiu… I dla nich jest to nie do pojęcia.
Well, może i jest to wyimaginowany świat pełen absurdów, ale ważne jest nie to, czym JEST, ale to, co się w nim WIDZI. A ja widzę przygodę *__* Tę przygodę, której mi tak bardzo od zawshe brakuje, do której strashnie tęsknię za każdym razem, gdy przeraża mnie rutyna mojego życia.
OP uczy przede wshystkim marzyć. I dążyć uparcie do spełnienia tych marzeń, choćby nie wiem jakim koshtem trzeba je było odkupić. I zrozumiałam, że ja tak naprawdę nie mam ŻADNEGO tak intensywnego marzenia, by ryzykować dla niego życie. Kiedyś, owshem, miałam. Ale im bliżej niego jestem, tym mniej wydaje mi się ono marzeniem, a bardziej pomysłem na przyshłość, do którego przyzwyczajałam się całe te lata… Zaczynam wątpić, napawa mnie to strachem, przerażeniem i niesmakiem. Zupełnie jakbym potrzebowała nowego marzenia.
A może to prawda, że marzenia są po to, by się spełniać tylko w marzeniach? Może o to właśnie chodzi – by mieć cel, do którego się dąży, ale nigdy go nie osiągnąć, bo nic wtedy już nie zostaje prócz pytania „I co dalej?”. Może powinna liczyć się sama droga, którą przemierzamy, a nie miejsce, do którego dążymy.
Haha, jeśli tak, to ludzka egzystencja naprawdę warta jest kilku łez współczucia.

~*~

Parę dni temu OP po raz pierwshy sprawiło, że płakałam. A właściwie to ryczałam jak głupia. I co ciekawe, był to jeden z najprzyjemniejshych odcinków, jakie do tej pory widziałam… Więc może właśnie dlatego…

To jest bardzo niebezpieczne – ten zaraźliwy optymizm i chęć poshukiwania przygód. Tencia tym nasiąka i potem nie może wytrzymać w zwykłej codzienności, w której jest tyle goryczy, fałshu i rytuny, o czym mushą wysłuchiwać biedne Miya i Vanny.
I krzyczy się wtedy w pustkę, woła o pomoc, nie wiadomo do kogo: Don’t take me home, it’s the worst place I have ever known. Take me somewhere else…
I to Somewhere Else, mimo że nieokreślone, wydaje się jednak być mocno i widocznie zarysowane, ale daleko stąd.
Tak daleko, że aż spać nie daje. No, właściwie to daje, ale nawet we śnie nie zostawia w spokoju. A zwłashcza taki on – głupia Trawa, co mi się śni co noc. Trawa, co ma bardzo dobre serdushko ^^ Ten mój baka morimo…. Ostra rzeżushka ;] Oj tak, ta biedna rzeżushka, która łysieje z każdym dniem coraz bardziej, i to niekoniecznie przez swoje walory smakowe X3 Po prostu pewna początkująca maniaczka miewa bardzo jednotorowe skojarzenia, kiedy chodzi o zielone… i rosnące w górę ^.^ i troshkę na boki ^0^/

~*~

Wshyscy tańczą Jango Dance Carnival *o*!!!

~*~

Mmm, dzisiaj zegarki przechodziły małą rewolucję czasową, a niczego nieświadoma Tencia wstała sobie jakby nigdy nic późnym przedpołudniem, które wg niej było jeshcze wczesnym rankiem… Nie dociekajmy jak duża część osiedla usłyshała jej wrzask, kiedy odkryła zegarkowy spisek… Kiedyś wshystkie was zatopię! BAKA ZEGARKI! HAAAAHAHAHAHAHAHAHA!

OD KIEDY MÓWIĘ „ZATOPIĘ” ZAMIAST „SPALĘ” O__O?????
Źle się dzieje w państwie tenciastym…

~*~

Wiem, że Święta nie powinny dla mnie wiele znaczyć, już zwłashcza Wielkanoc, której po prostu nie lubię, ale… Ale to były ostatnie jakiekolwiek Święta spędzone w tym mieshkaniu. Od czerwca rodzice przeprowadzają się do nowego domu (nie ma netaaa T___T), ja wyjeżdżam na studia, mieshkanie raczej komuś wynajmiemy. I już na Boże Narodzenie miejsce, w którym żyłam przez 18 lat, stanie się domem dla kogoś obcego i wypełnione zostanie całą jego osobą.
Mój pokój – mój azyl, moja samotnia, zostanie zgwałcony przez obce życie, nie mające pojęcia o jego wcześniejshych losach. Te chwile spędzone z przyjaciółmi, wshystkie moje myśli, uczucia, marzenia, całe wewnętrzne „ja” – ten pokój zostanie z nich obdarty.
Samo myślenie o tym… Nie mogę tego znieść… Bo tu nie chodzi o ściany, goddammit!
Ale to była zła chwila. Popłakałam się przy świątecznym stole. Bardzo zła chwila.
A ja jestem bardzo beznadziejna.
Haa, period się zbliża i zaczynam się przejmować byle czym. Zupełnie niepotrzebnie… A..

~*~

A teraz to, co zostawiłam na deser – WIELKI DEBIUT!!!!
Testy ^.-

You arent very smart, though, what you lack in brains you more than make up for it in guts and sheer determination. What matters most to you are your loved ones, and anyone that mes
You are Luffy D. Monkey!

You arent very smart, though, what you lack in brains you more than make up for it in guts and sheer determination. What matters most to you are your loved ones, and anyone that messes with them in any, and ever way, you will kick their asses to high heaven. You also strive to make your dreams come true, breaking through any obstacle that may interfer in realizing
that dream. Oh yea…and as far as being serious? You’re far from it…you live life as if it was going to be your last day.

Which One Piece character are you?
brought to you by Quizilla

… w… waaaiii~ not very smart…. t..taak…

You match with Zorro!
Zorro

_~_ Which ‚One Piece’ Boy matches with you? _~_ ( Has pics! )
brought to you by Quizilla

No nie XDDDDDD Zabierzcie to ode mnie *_______* <– udaje, że nie jest happy.

luffy
You tend to keep things simple. Food, friends, and fun, the best things in life, are always what you seek. The line between right and wrong is very clear for you and you are quick to point out when a person has wronged another. Your sense of justice is strong and therefore you need to be with people who you can respect as „good people”. You can’t be bothered to have a relationship with someone you can’t look up to. This is awesome. You are friendly to everyone, and open, but you choose your companions very carefully, and once you have chosen them, you give your heart to them.

Friendship and love are one and the same to you, inseperable feelings you naturally have for one whom you have admitted into your trust. You don’t wait for loved ones to extend shows of devotion to you, you are the one who demonstrates time and again, that you will be there for them. But because of your simple nature, you’re not one to burden them with love confessions and such. You will wait until they do so first, and then you’ll let out the love that you’ve had for them all along.

A caution: As doujinshi Luffy, you may exhibit outbursts or strange behavior, including but not limited to, spontaneous hugging or kissing of your companions, fits of childish possessiveness, sudden girlishness, blushing, innuendos having to do with eating or references to rubber, pouting and petulance, and overly innocent ways pertaining to bathing and sleeping which may lead to the development of Rorikon in Zoro-types and/or Shanks-types if gone unchecked. Please use caution and stick close to a Nami-type and out of the water. Thank you.

You are most compatible with: A Zoro-type also takes love very seriously and would compliment your easygoing nature well.
A Nami-type could really use having a person like you in their life as well, and will find your attitude and beliefs refreshing.

Advice: Take a little vacation with someone you love. And give more hugs, your hugs are great.

What’s Your One Piece Doujinshi Personality?
brought to you by Quizilla

Hohooo… Piiijękny opis, ażem siem wzrushyła T.T Chociaż niekoniecznie musi wshystko do mnie pasować. Chodzi o to, że ktoś tak bardzo się przejął i dokonał bardzo wnikliwej analizy *WIELKI UKŁON!*
To ja idę pohugować XD!
….
Oi, chotto matte… LOLICON????

Tak sobie myślę… Że po tych wshystkich huśtawkach i zmianach nastroju, mogę powiedzieć teraz tylko jedno:
LET’S EAT!!!!!!!!! NIKU NIKU!!!!!!! HAHAHAHAHAHAHA XDDDDDD

By rushyć do przodu, najpierw wciśnij wsteczny XD!

Obiecałam sobie wprawdzie, że nie zacznę nic pisać, póki nie dopieshczę tutaj najmniejshego shczególiku i nie zapnę wshystkiego na ostatni guzik, ale… ale złamałam już tak wiele złożonych sobie obietnic, że jedna mniej czy więcej nie zrobi różnicy ^^` Zreshtą, tak bardzo znów chcę prowadzić cosik tak niewdzięcznego jak blog, że nie mogłam dłużej wytrzymać. Ta chęć jednak wynika z czegoś jeshcze niż po prostu potrzeby pisania… Sigh, bo człowiekowi potrafi czasem coś głupiego przyjść do głowy… A potem uparcie trzyma się tej myśli, być może trochę przesądnie uważając, że to coś zmieni, ale jednocześnie zaprzecza żeby miał w nią wierzyć. Poczułam, że pora wprowadzić małe, ale znaczące innowacje do tego mojego „Nowego Życia”, niufufu. Jak to się fachowo określa tym wdzięcznym, historycznym terminem – REWOLUCJA, KURZA MORDA W PYSK!
Sorca: Prędzej Święta Inkwizycja.
Mash ŚWIĘTĄ rację, mate! Jak to pisał Żeromski, którego zreshtą nie lubię: „Polska potrzebuje idei!” – ja TEŻ potrzebuję IDEI! (Nie ma to może więkshego sensu, ale po próbnej maturze z polskiego WSHYSTKO wydaje się już nie mieć sensu _-_)

Vanny, bądź mą IDEĄ *glomp*
Oh jej, siem zapędziłam… Ale znając życie, a znam je osobiście i niestety oglądam codziennie w lustrze, niedaleko z tym słomianym zapałem zajdę. Tym bardziej, że ten rok będzie naprawdę ciężki… 2004, WRÓĆ T____T *wyobraża sobie rok 2004 jako psa rasy collie…* *stacza się pod łóżko* *korzysta z okazji, otwiera drzwiczki w podłodze i idzie do Piekła na herbatkę z kolegami po fachu*
Właśnie! Sylwester! Tak… Sylwester… Wiem, że jestem nieco cofnięta w czasie, ale bardzo teoretycznie, ta notka miała być zamieshczona na początku stycznia. A że mam poślizg… dziękować ministerstwu edukacji, moim psorom i mojemu lenistwu.
Sylwester, do cholery, bo nigdy się nie wygadam _^_ Sylwester BYŁ. A nawet dwa były. To nie ulega wątpliwości, bo wshyściutko pamiętam. Z tego drugiego może odrobinę mniej, jak to zwykle bywa przy zbyt dużej ilości grzanego piwa korzennego… na spodniach _-_
Mówi się, że jaki Sylwester/pierwshy dzień nowego roku, taki cały rok… Wynika z tego, że przez biedne 2.0.0.5. przejdę śpiewająco, chrupiąc chipsy, tanecznym krokiem u boku chińskiego smoka i jednocześnie na kolanach u pewnego wrednego, 192. centymetrowego osobnika, okryta jego plashczem przesiąkniętym wonią smażonego węgorza i dymu z petard. A moje nastroje będą się wahały od skrajności do skrajności, co raczej i tak jest już rutyną ^^`
Gydby nie ten węgorz, wshystko byłoby super. Jedzeniu ryb mówimy stanowcze: NIE! DON’T EAT FISH kurza morda w pysk!
… a propos, kurczaka bym sobie zjadła, sigh…

~~~

I’m giving up the ghost of love
In the shadows cast on devotion

She is the one that I adore
Creed of my silent suffocation

Break this bittersweet spell on me
Lost in the arms of destiny
Bittersweet

I won’t give up
I’m possessed by her

I’m wearing a cross
She’s turning to my god

Break this bittersweet spell on me
Lost in the arms of destiny
Break this bittersweet spell on me
Lost in the arms of destiny
Bittersweet

I want you
[I’m only wanting you]
And I need you
[I’m only needing you]

Break this bittersweet spell on me
Lost in the arms of destiny
Break this bittersweet spell on me
Lost in the arms of destiny
Bittersweet

Apocalyptica feat. Ville Valo & Lauri Ylönen „Bittersweet”

Hnnn… Może tak byłoby łatwiej… Zostać duchem, tak jak w moim śnie. Zostawić wshystko za sobą, uciec. Nie, właściwie to nie była ucieczka, tylko świadomy wybór nowej drogi.. Nie powiem „w życiu”, bo to głupio zabrzmi XD Ale czy to tak można, zostać duchem, który w swej ludzkiej, ale niewidzialnej formie tuła się po tym świecie, po tych samych drogach, co śmiertelnicy, nie zauważany przez nikogo prócz innych duchów, istniejący po to, by pomagać z ukrycia ludziom? No, w sumie można, ale we śnie, kiedy umierałam, kiedy stawałam się zjawą, nie myślałam o tej zashczytnej misji niesienia pomocy, stróżowania jak jakiś anioł, do czego zreshtą nadaję się tak, jak do baletu wodnego (a nie umiem ani tańczyć, ani pływać ;D) – ja tylko chciałam być Z NIM już na zawshe. I nigdy go nie stracić. Po prostu mieć go zawshe przy sobie. Quite selfish, doh.
I wshystko byłoby pięknie, gdyby ten ON był kolejną postacią z tego Innego Świata (nie chodzi o Herlinga-Grudzińskiego _^_), gdzie wshystko jest możliwe. Wtedy łatwiej byłoby mi to znieść i iść dalej, nie zwracając więkshej uwagi na te uczucia, które zostawił po sobie sen… Gorzej, jeśli tę osobę, jeśli tylko chcę, mogę spotykać na codzień. I, rozmawiając z nim, patrząc mu w oczy, wspominać to, o czym on nigdy się nie dowie. How shameless…
A jeśli uczucia ze snu nie pokrywają się z prawdziwymi uczuciami? Super, tym łatwiej dla mnie.
A jeśli się pokrywają??

No to wpadłam, hahahahahaha XDDDDDDD
*wdeeeeeeech*… sigh…
How egoistic… Przecież on nie umarłby razem ze mną. Dlaczego miałby to robić. Dlaczego miałabym być tak shczęśliwa jak we śnie. Niczym nie zasłużyłam. A on niczym nie zawinił. To nie jest WINA, bycie shczęśliwym. Nawet jeśli czyjeś shczęście nas rani, bo nie jest nashym udziałem, to to nie jest jego wina… tylko nasha. Moja. Bo odrzucam shczęście, kiedy jest blisko, żeby po jakimś czasie zauważyć, co tak naprawdę straciłam. I staram się o to od nowa, wiedząc jednocześnie, że już jest z a p ó ź n o.
I to jest taki mój osobisty ból istnienia.
I tak sobie teraz powtarzam: nie umarłby ze mną. I tak sobie teraz powtarzam: ale gdyby jednak…
„It’s disgusting what dreams can do.”

Czy to jest moja wina, że nie potrafię być shczęśliwa z tym, co mi przynosi życie? To moja wina, że zawshe patrzę na przód, czekając na coś lepshego, co sobie sama uroiłam? Czy może po prostu trafiam nie na te osoby, co trzeba?
A może te osoby, których mi trzeba… może one w ogóle nie istnieją?
To byłoby najbardziej logiczne wytłumaczenie.

I painted a picture of you
Your soul was red and your mind was blue
Destiny lad a light on my creation
This dream I had made a slave of my passion
Reality was always too far away

And we were happy until it came too close one day
Suddenly I faced the truth of my dream
My love had only been a picture, a scene
I suppose I needed to believe
Didn’t want to see you had never been close to me

But I’m sorry
This illusion has caused you a lot of pain
And I have no solution
I’ll try to never be back again

I’m sorry
I’m sorry
I’m sorry
I’m sorry

I painted a picture of you
My dream was a lie and the lie became truth
Reality held his breath too long
It’s disgusting what dreams can do

But I’m sorry
This illusion has caused you a lot of pain
And I have no solution
I’ll try to never be back again

I’m sorry
I’m sorry
I’m sorry
I’m sorry

Evergrey – „I’m sorry”

Czasami wydaje mi się, że na niego kicham, ale shybko zmieniam zdanie, bo przecież powinnam być o nią zazdrosna. A ja nie dość, że nie jestem, to jeshcze strashnie ją lubię, choć poznałam ją już jako jego dziewczynę. Kiedy go przy mnie nie ma, nie myślę o nim zbyt często, nie tęsknię. Ale jak już się spotkamy, chciałabym go zatrzymać przy sobie,
ale tak na zawshe… Majne satan, nie cierpie Mickiewicza *faint*
Tak sobie teraz myślę, że jednak na niego kicham. Na tego mojego quasi-przyjaciela…


  • RSS